Miasta nie można
Miasta nie można było nawet jechać za nim bez zwrócenia uwagi. Decydował się chwilę: — Jedź prędzej. — Antek nacisnął na gaz. Właśnie tamten już stanął przed furtką willi w głębi ogrodu. Antek zorientował się, minął szybko limuzynę, której drzwiczki zatrzaskiwał właśnie ostatni z nich — wysoki mężczyzna w mundurze; Hanschel i jakiś drugi byli już parę kroków za furtką, w głębi ogrodu. Za rogiem zorientowali się w sytuacji. Antek był również zdecydowany „zrobić\" Hanschla we dwóch. Zrobić Hanschla tak bez przygotowania, we dwóch tylko, gdy tamci sądzą, że im się wymknął, i to Hanschla z obstawą dwóch jeszcze ludzi — to przemawiało również do jego wyobraźni. Po chwili namysłu ustawili swój wóz daleko za rogiem ulicy, którą Hanschel miał wracać do miasta. Przedmiejska uliczka, z jednej strony tylko zabudowana, z drugiej pusta jeszcze, tylko ze stertą czerwonych cegieł na jednej parceli. Nazajutrz, w inny, zwykły już dzień — nie ten, w którym są imieniny Stanisława — już tylko ten drugi, tylko Antek, pamiętał te chwile, gdy czekali cierpliwie, spacerując po pustej uliczce. Tylko on pamiętał nawroty myśli, że to się nie może udać — myśli, której nie odpukał nawet ich wspólnym zwyczajem w kolbę, tak był zdenerwowany. Tylko on pamiętał tę chwilę, gdv odeszli od siebie szybko na tępy warkot motoru. Stanisław rzucił, trochę za wcześnie, pierwszy granat i z rozwalonych drzwiczek wyskoczyli ci dwaj na stronę Antka. I w ten drugi, następny dzień odczuwał jeszcze radosny spazm na przypomnienie swojej serii, która cisnęła ich płasko na jezdnię. Stanisław na pewno strzelał już do trafionych. Ale sam Hanschel wyskoczył na drugą stronę wozu. Pojęli obaj ze Stanisławem już leżąc pod krótkimi seriami jego pistoletu błąd swego rozstawienia. Szybko pryskające grudki ziemi zabawnie obsypywały wtuloną w piach głowę; nie miał czasu uśmiechnąć się, czekając na moment, gdy tamten będzie musiał zmienić magazyn. Teraz. Poderwał się, z kolana bił serią w przeciwległą stronę nie zabudowanej ulicy. Widział na pagórku nikłej nierówności terenu tylko ruszającą się czapkę tamtego. Po chwili znów prysła ziemia tuż przy kolanach. Celny — pomyślał i mściwie wytrzymał jeszcze moment na klęczkach. Pudło — leżał już znowu, szukając rozpaczliwie magazynka. Zgubić go musiał przy padaniu, macał wokół: siebie daremnie. Usłyszał swoje imię: leżący obok Stanisław nakazywał skok z powrotem. Wyczekali moment i obaj poderwali się razem. Przed pierwszym strzałem tamtego dopadli zasłaniającego ich muru. Antek pamiętał bladą ze złości twarz Stanisława. Zapuścił motor. — No i tak dwóch zostało — zdążył pomyśleć, nim usłyszał głos Stanisława: — Zawracaj. — Obejrzał się. — Zawracaj •— powtórzył tamten. Antek pojął, już przełączając na trzeci bieg, że Stanisław nie darował — liczy na zaskoczenie. Mijając róg zdjął prawą dłoń z kierownicy. Hanschel stał pochylony nad rowem przydrożnym, jakby namyślając się, czy przeskoczyć. Teraz Antek nie umiał sobie przypomnieć ani strzału, ani nic, co było przez tę sekundę, nim odczuł uderzenie w prawą wysuniętą przez okienko dłoń — vis wypadł na bruk. Obejrzał się i widział, jak seria Stanisława przeciągnęła tamtego wzdłuż, że padał do przodu z dziwnie odrzuconą w tył prawą ręką, w której trzymał broń. Ale już ulica wiedziała. Z kilku stron uderzyły w ich wóz strzały; nawet tędy przechodzili pojedynczy żołnierze, zresztą od pierwszej detonacji minęły chyba ze trzy minuty, przekonał się o tym prowadząc wóz. Pamiętał z tego dnia i te chwile, gdy rozstali się ze Stanisławem wyskakując na dwie strony unieruchomionego samochodu. Dla tych dwóch kobiet ważniejsze jest to, czego pamiętać Antek
Poprzedni - Jej powodować sięNastępny - Nie mógł. Maria zmęczona